sobota, 25 lutego 2017

Quake (i motywy z Mitologii Cthulhu)

Quake jest tym dla Dooma, czym Doom był dla Wolfensteina.

Przed przystąpieniem do pisania tej notatki musiałem poświęcić kilkadziesiąt minut na uporządkowanie przy pomocy Internetu, książek i podręczników, zapomnianych przeze mnie, eony temu faktów. Pomimo tego, że wspomnienia bywają pokrętne, powracanie do miłych czasów bywa szalenie interesujące. 

Pierwsze, lakoniecznie wzmianki o Quake, znalazłem zapewne w magazynie Secret Service, porozrzucane w recenzjach przeróżnych gier, jak również zasłyszane od niezastąpionych w tamtych czasach kolegów, posiadających komputery. Zdawałem sobie sprawę, że nadchodząca gra ma być czymś wyjątkowym, a to dlatego, że miała być prawdziwie trójwymiarowa. 

Niestety nie wiem, czy to co teraz przeczytaliście w ostatnim akapicie, są to moje prawdziwe wspomnienia, czy może zmyślona legenda, która powstawała w głowie przez te dwadzieścia jeden lat, od roku 1996, w którym gra Quake została stworzona przez ludzi z id Software. 

Przejdźmy do faktów. W numerze 33 Secret Service z marca 1996 roku w dziale „Ze świata” odnaleźć można było krótką informację i trzy nic niemówiące skriny… Nie zrobiły wówczas na mnie żadnego wrażenia. Gra była dla mnie obojętna. Przedstawiona na zdjęciach trójwymiarowość nie satysfakcjonowała mnie.


Ale musiało coś tajemniczego* stać się pomiędzy marcem a sierpniem roku 1996, bo kiedy ujrzałem w kiosku 3 numer magazynu Cd-Action, do którego była dołączona płyta Cd, a na niej demo Quake, widziałem, że muszę dokonać zakupu! Niestety nie wiem, w którym miejscu Lublina nabyłem tę perełkę… Ale jedno jest pewne, trzymając w rękach Cd-Action oraz magazyn PC-Shareware (z dołączoną dyskietką) razem z moim tatą i kumplem, wracałem skądś autobusem do domu) Mogę przysiąc „Na matkę wszystkich gier”, że właśnie teraz poczułem zapach farby drukarskiej Cd-Action. Wspaniałe, mistyczne uczucie…    


Rok 1996 był przełomowy, w wakacje przesiadłem się z konsoli Pegasus na pierwszego kompa – Pentium 75 z 8 megabajtami ramu. (Wyjaśnienie techniczne: 1. Wcześniej grałem na kompie u moich Przyjaciół, braci - Barta i Mateusza. 2. Tak naprawdę miałem procesor Pentium 100, ale ktoś go „skręcił” do 75, dowiedziałem się o tym dopiero kilka lat później. 3. Jako jedyny w boku miałem  w '96 czytnik Cd. 4. Moją pierwszą płytką była ta, załączona do SS 37 (albo któraś z PC World Komputer). Na niej było demo Settlersów II. 5. Miałem prześwietne gry na Pegasusa – „Rządziłem na osiedlu”. 666. Quake działał tylko u mnie!!!)



Akceleratorów nie było. Komp jak na tamte czasy był niby okej, a demo Quake działało mi płynnie. Cóż to było za wspaniałe uczucie, móc strzelać do trójwymiarowych wrogów i patrzeć jak wybuchają ich zbudowane z wielokątów wirtualne ciała, niczym prawdziwej istoty z mięsa i rozlatują się na wszystkie strony , jeszcze długo pozostając na arenie walki… (aż się zasapałem)

Truchło bitmapowych wrogów już nie obracało się wraz z nami, żeby być zawsze z przodu. To była cecha starych gier – Dooma, Heretica, Hexena i innych… W Quake mogliśmy swobodnie okrążyć ciało i móc mu się spokojnie przyglądać. Nie mogliśmy tego zrobić, kiedy przeciwnik był żywy. Szkoda było życia na takie eksperymenty. Chociaż w pierwszych tygodniach gry, kody: god, notarget i impulse 9 były na porządku dziennym. 



I tutaj uważajcie, bo będzie żenująco. W Quake grałem nie używając myszki. Spoglądałem w górę i dół przy pomocy przycisków PageUp i PageDown. Grając w pojedynkę zupełnie mi to nie przeszkadzało. Jednak stosowanie tej średniowiecznej techniki odbiło się na mojej grze w trybie multiplayer, kiedy do mojego bloku, około roku 2001, zostały przeciągnięte kable i stałem się posiadaczem Internetu, a sieć lokalna została okrzyknięta – „Generatorem Ekosystemu Cudownej Krainy”. W tym czasie mieliśmy już pełną, piracką wersję Quake i po sieci łoiliśmy z kumplami w ten tytuł dosyć długo. Fragowali mnie chłopcy koncertowo i dopiero wówczas zacząłem stosować w swojej grze myszkę. 

A w tym roku, pierwszy raz od kilkunastu lat ponownie zagrałem w tryb multiplayer. Moim przeciwnikiem była córka!



Demo zawierało jeden epizod, złożony z 7 map. Na ostatniej o nazwie „e1m7  -  The House of Chthon” musieliśmy stawić czoła samemu, rzucającemu ognistą lawą Diobłowi. Kiedy doszedłem do tego miejsca, zapisałem stan gry, a później, wiele razy ogrywałem tę  mapę. Kiedy przychodzili do mnie znajomi, zawsze prezentowałem im walkę z Piekielną Łachudrą. Do tej postaci powrócimy nieco niżej, kiedy będę omawiać inne zagadnienie.





Pełna gra to 4 epizody, po 7 map w każdym, plus 4 mapy ukryte i możemy je rozgrywać w czterech trybach trudności. Lokacje są świetnie zaprojektowane, rozbudowane i posiadające wiele tajemniczych miejsc do odkrycia. Zwiedzamy miejscówki, które przypominają średniowieczne zamki, katedry (być może coś na kształt kosmicznych baz??!?) oraz piekielne gmachy wzniesione z kamienia. To wszystko okraszone jest teleportami, przełącznikami, windami, zapadniami oraz akwenami i kanałami z wodą, kwasem i ciekłą lawą.

Najbardziej poetycko wspomnieć o wrogach, to powiedzieć, że atakują nas hordy piekielnych potworów. Jest ich w sumie 13 rodzajów  i potrafią strzelać, rzucać granaty, gryźć, siekać pazurami oraz mieczami, ciskać gromami, latać i robić inne rzeczy, które doprowadzają do śmierci. 






Jeżeli ktoś jest fanem (lub zboczeńcem) zombie, to w tej grze mogliśmy zobaczyć je pierwszy raz w pełnym 3d. Prawda, wcześniej spotykaliśmy te istoty chociażby w Alone In the Dark, ale przypominały one te z dzisiejszych produkcji, które są jak mężczyźni, którym w  żyłach płynie lekka kawa i można ich łatwo zabić. W Quake zombiaki to byli prawdziwi skurwęsyni… nie dało się ich łatwo wyeliminować bez odpowiedniej broni czy „Quad Damage”. 



Również i my siejemy śmierć. Mamy do wyboru 8 broni, między innymi siekierę, szotgany, bronie na gwoździe, rakietnicę, granatnik i „rzecz, która ciska piorunami”. 

A teraz wspomnę delikatnie o odgłosach i muzyce. Dźwięki są świetne, ohydne, mięsno-krwiste i kamienno-żelazne. Potworom z paszczęk wydobywają się charczące, bulgoczące i kwilące dźwięki. Zresztą i nam również. Nasza postać głośno przeżywa otrzymywany ból. Wszystko to sprawia wrażenie zepsucia i grozy. Dźwięk granatu, który wystrzelił w naszą stronę Ogr budził u mnie największą panikę. Muzyka stworzona przez Trenta Reznora to już prawdziwa klasyka, a szepty, które słyszymy po zaliczeniu poziomu... Do tej pory je pamiętam. 

To przerażająco trudna gra. Na każdym kroku trzeba uważać, bo wróg czai się wszędzie. Potrafi nawet wyjść ze ściany lub z podłogi, a zapas amunicji szybko się kończy. Trzeba strzelać tylko wtedy, kiedy jesteśmy pewni, że wróg oberwie. Gra ma w sobie tony tłustego, mrocznego klimatu. Miałem kiedyś wielką kolekcję zrzutów ekranu przedstawiającą moja rozgrywkę, zdjęcia istot i miejscówek. Niestety nie zachowały się do dzisiaj.   



O dwóch  oficjalnych dodatkach (Mission Pack 1: Scourge of Armagon i Mission Pack 2: Dissolution of Eternity) pozwólcie, że nie wspomnę. Owszem, grałem w nie, ale nie pamiętam ich dokładnie.  W jednym z nich na końcu bije się smoka. 

A teraz przejdźmy do motywu, który zostawiliśmy przy okazji omawiania Diobła.
Jednym z twórców Quake był Sandy Petersen, który napisał między innymi podręcznik do RPG Zew Cthulhu, a w grze znajdziemy wiele motywów z Mitologii stworzonej przez Lovecrafta i naśladowców. Cthon – znaczy mniej więcej „mieszkaniec spod ziemi”. W tym przypadku chodzi o Cthonian. Są to przedstawiciele Większej Rasy Niezależnej, a zostali wymyśleni przez Briana Lumleya i wystąpili w Cyklu o Tytusie Crow. Dodatkowo nasz  Diobeł ma usta, które można się domyślać otwierają się pionowo. W świecie Mitologii gęba podobnie otwierała się istocie o nazwie Gug („W poszukiwaniu Nieznanego Kadath”)



Końcowa walka w Quake to konfrontacja z Shub-Niggurath! „Ia, Ia! z Shub-Niggurath! Czarna Koza z Lasów z Tysiącem Młodych” (Lovecraft „Szepczący w Ciemności”) Ta postać nigdy nie pojawiła się osobiście w opowiadaniach Lovecrafta, ale bardzo często wspominano ją w magicznych rytuałach i zaklęciach. Symbolizuje płodność… W grze Quake postarała się i spłodziła Tysiące Młodych : ) Chociaż właśnie… to co widzimy w grze, nazwałbym bardziej „kucającym Mrocznym Młodym” 



Również potworzak z gry, na którego wołają Shambler jest inspirowany  Mitologią. Na potwierdzenie przytaczany jest cytat z opowiadania Lovecrafta i Hazel Heald pt: „Horror w Muzeum”: „W ciemnościach w jego stronę sunęła gigantyczna, czarna, odrażająca postać ni to małpy, ni owada. Luźna skóra monstrum zwieszała się wokół, a szczątkowa głowa z martwymi ślepiami kiwała szaleńczo z boku na bok. Stwór miał przednie łapy wyciągnięte na całą długość, szponiaste palce rozcapierzone. Całe jego ciało, pomimo braku jakiegokolwiek wyrazu na pomarszczonym, upiornym obliczu, przepełniała nieskrywana żądza mordu”. W grze to bydle ma białe futerko i przypomina Yeti. 



Kolejnym jest Scrag. Latające „coś”, plujące w nas żółto ropnym śluzem.  Ponoć ma go ilustrować cytat z „Festynu” Lovecrafta, który ukryty jest gdzieś w kodzie gry. Niestety nic więcej o tym powiedzieć nie mogę, a cytat brzmi: 
"Najniższe Jaskinie nie służą zgłębianiu przez oczy, które widzą; cuda ich bowiem są osobliwe i przerażające. Przeklętą jest ziemia, gdzie umarłe myśli żyją w nowych, dziwnych powłokach cielesnych, i złym jest umysł, który nie zawiera się wewnątrz czaszki. Mądrze rzecze Ibn Schacabao, że szczęśliwym jest grób, gdzie nie spoczywa czarownik i szczęśliwe jest nocą miasto, gdzie wszyscy czarownicy zostali spaleni na proch. Stare plotki głoszą, iż dusza zaprzedanego diabłu nie pobiera sił z cmentarnej gliny, ale z tłuszczu i rozkazuje Robakowi, który pożera; aż z gnijących tkanek budzi się nowe, upiorne życie, a ci żyjący pod ziemią modelują je i wypełniają jego puste wnętrze, aż napęcznieje do monstrualnych rozmiarów... Wielkie otwory wykopano w sekrecie w miejscach gdzie wystarczyłyby zwyczajne, istoty zaś, które winny pełzać, nauczyły się stąpać jak ludzie."



Fiend – „skaczą na długich tylnych nogach… para żółtoczerwonych oczu… Coś wielkości małego konia wyskoczyło z szarego półmroku…” – to cytat z „W poszukiwaniu Nieznanego Kadath” charakteryzujący istoty o nazwie Ghast. 



Spawn. Twórcy inspirowali się dwoma istotami z Mitoligii. Pierwszą jest słynny Shoggoth („Był to przerażający, nie do opisania stwór… bezkształtna masa bąbli protoplazmy” – „W górach Szaleństwa”) a drugą Latający Polip („Były tylko na wpół materialne i posiadały umiejętność latania, pomimo braku skrzydeł” – „Cień z poza czasu”) 





Symbole, które wciskamy lub widzimy na portalach również swoim wyglądem przypominają te z Mitologii. Sam srebrny klucz, który musimy zebrać, żeby otwierać drzwi jest ciekawym elementem. Lovecraft napisał opowiadanie, które nazywa się właśnie „Srebrny klucz”. I powiecie, że to żaden motyw, a ja, że tak, bo miałem kiedyś wczesną wersję Quake, w której zbierało się karty dostępu, a nie klucze.

Mamy również w grze mapę e4m8 o nazwie „Bezimienne Miasto” (również tytuł opowiadania Lovecrafta), a także mapę e3m2  -  Lochy Zin. To miejsce z opowiadania „W poszukiwaniu Nieznanego Kadath”. Lokacja e4m3 nazwana jest „Swiątynią Starszych Bogów”. Normalnie znajduje się ona w Krainie Snów, w mieście Ulthar.  Najwyższym Kapłanem w tej świątyni jest Atal… Pierwsza mapa, proszę bardzo – Kompleks Bram Snów. Dobrze, dosyć z tymi nawiązaniami… 

Zapraszam do obejrzenia filmu:








* - myśle, że nie było tutaj tajemnicy, a cały świat, redaktorzy czasopism nakręcali się bardzo na tę grę.



sobota, 11 lutego 2017

Choplifter

Ten wpis wiąże się ściśle z poprzednim, o moich wakacyjnych przygodach eony temu, kiedy to zagrałem w swoje pierwsze gry komputerowe.  (Skriny będą z różnych kompów, bo nie wiem na czym grałem ;) …)



Kolejną grą po Chuckie Egg był Choplifter… Przez wiele lat nie wiedziałem jak się ta gra nazywała. Nieodgadniony tytuł męczył mnie co jakiś czas i byłem pewny, że nigdy go już nie poznam, aż… No nie uwierzycie! Ale nazwę tej gry przeczytałem dopiero w tym miesiącu (albo poprzednim) w magazynie Pixel… Żeby mieć stuprocentową pewność, że oto odkryłem dawno zapomniany „skarb”, szybko zszedłem z łóżka, na którym czytałem "gazecię"* i nie szukając ciapów i ubrań ;) pobiegłem odpalić kompa. Dlaczego nie skorzystałem z przeglądarki w telefonie? Nigdy się tego nie dowiem. 

Wracając do wakacji. Proszę Państwa, gra Choplifter (1982 rok) bardzo mi się podobała. Jakie to było zręcznościowe cudeńko. Latało się białym helikopterkiem, strzelało do wrogich pojazdów na ziemi i w powietrzu, a przede wszystkim trzeba było wylądować i zabrać na pokład malutkie ludziki. Jakie to było wówczas dla mnie atrakcyjne… ratowanie ludzi w czasie wymiany ognia! Ten helikopter tak ładnie latał na boki, kiedy był zwrócony do nas przodem… Do tej pory to pamiętam. A teraz pozwólcie, że sobie pooglądam filmy na yt. 

Ach! Jeszcze chwilkę! :D 



Kiedyś byłem bardzo bliski poznania tytułu tej gry. Na Pegasusie było coś podobnego, ale jestem stuprocentowo pewny, że nie nazywało się to Choplifter… Grę miałem od kumpla, dał mi ją na kilka godzin. Pamiętam, że mój tatko przyglądał się jak grałem i słuchał opowieści o podobnej grze, którą widziałem dawno temu. Być może jej nazwa była z chińska… czy coś w tym stylu i dlatego pozostała dla mnie tajemnicą. Bo jak teraz patrzę, to mógłby być Choplifter III. Latało się helikopterem w dżungli i ratowało maluuuutkie ludziki. 



Dobra! Sprawa z tą grą załatwiona. Kumple brata szybko zawinęli sprzęt do siebie. Ja przestałem oglądać i grać w gry, ale to nie był wcale koniec. Mój brejdak chodził do nich i łoili po nocach, a potem opowiadał mi w co grali.

Pamiętam taką sytuację. Wyszedłem z bratem której ciemnej nocy polować na nietoperze. Poooocichutku, na paluszkach, przedostaliśmy się przez ulice i przykucnęliśmy obok domu sąsiadów. Byliśmy zaopatrzeni w latarki, którymi mieliśmy świecić w nietoperze. Miało to spowodować, że zostaną oślepione i roztrzaskają się o ściany domów. Nigdy się to nam na cale szczęście nie udało, ale to co usłyszałem od brata, nie mieściło mi się w głowie. Fabuły gier były przeróżne. Niektóre były o piratach, w innych chodziło się po lochach walcząc ze straszydłami. No mnóóóstwo historii. Sami wiecie, jakie to kiedyś gry były.  




* Gazecię to jest to samo co Anię, Grażynię lub Basię...    



wtorek, 31 stycznia 2017

Chuckie Egg

Jeżeli czytacie tego bloga (mrugnięcie okiem do wszystkich, ale przede wszystkim do siebie) to wiecie zapewne, że moją pierwszą grą na PC był Nicky Boom. Ale jeszcze nigdy nie wspomniałem, którą grą komputerową była ta PIERWSZA w ogóle!

Wspomnienia o niej są dosyć mgliste. Kiedy byłem młodym chłopcem i nie chodziłem jeszcze do szkoły, dużo czasu spędzałem w Janowie Lubelskim u rodziny (babci, dziadka, cioci, wujka, brata i siostry) Każdego lata do swoich dziadków przyjeżdżało z Warszawy dwóch braci bliźniaków, którzy kumplowali się z moim starszym bratem. Mój brat był wówczas dla mnie ogromnie ważną osobą, między innymi uczył mnie słuchać dobrej muzyki \m/, czytał książki o Indianach i puszczał ze mną kapsle z saletrą.

Tych dwóch braci, pamiętam nawet jak się nazywali, mieli przepotężne długie baty. Do pasa! Bardzo mi się to podobało i zawsze szukałem sytuacji do przebywania z nimi. Ale żeby nie przedłużać, przejdźmy do sedna!

Acha. Do sedna to za chwilę, bo muszę coś wytłumaczyć. Swoją poważną przygodę z graniem w gry wideo, rozpocząłem od Pegasusa. Później miałem komputer… Niestety ominęło mnie granie na innym sprzęcie, katarynkach, komodorach, amigach i żałuję, że nie mam z nimi prawie żadnych wspomnień. Pisze prawie, bo któregoś razu w wakacje, dwaj warszawscy bracia ustawili w salonie u brata w domu swój sprzęt. Białą klawiaturę i magnetofon na kasety, na których były gry… Do tej pory nie wiem co to była za maszyna. (Być może klawiatura nie była biała??!?)




Odpalili grę! Nazywała się Chuckie Egg (rok wydania 1983). Później przez wiele lat śniłem o niej i marzyłem by być graczem… (hahahahaha) Dali mi w nią zagrać na dżojstiku! Nie pamiętałem ile plansz przeszli, ale noobom ;) jakoś za dobrze nie szło. Kiedy piszę te słowa, jestem już po zagraniu w wersję online tej gry. Wydaje się, że doszli tylko do 4 poziomu ;>



Wracając do nieznajomości sprzętu, na którym graliśmy. W grze kura była żółta, jajka i klatka też… ale nawet te szczegóły i pomocne skriny z neta nic dokładnie mi nie mówią. Pamięć zawodzi! Szkoda!


I jeszcze jedna sprawa. Szukałem na fejsie tych dwóch braci. Znalazłem jednego. Rozpoznałem go natychmiast po dlugich batach : ) Ale nie napiszę do niego żeby się zapytać co to za sprzęt miał :D Wstydzę się.. ;>  Spytam się któregoś razu o to mojego brata i wówczas Was poinformuję.


czwartek, 12 stycznia 2017

Tajne Akta: Tunguska





Około roku 2006 mało grałem w przygodówki, musiały mnie pochłaniać jakieś inne gatunki. W pewnym momencie odczułem, że na rynku pojawia się mało gier przygodowych.  Chyba, że nie śledziłem dokładnie nowości… ale chyba się jednak nie mylę.

Pamiętam dokładnie, że przed Tunguską przeszedłem 4 cześć Broken Sword. Musiałem opowiadać o tym wydarzeniu dużo, bo moja przyszła małżonka zapragnęła pograć w grę przygodową. 

Siadłem zatem do kompa i zacząłem przeglądać oferty gier. Kiedy zobaczyłem skrin z Tunguski oniemiałem. Ależ ta gra ładnie wyglądała…  "Chyba nie odpalimy jej na kompach" - pomyślałem. Ale pomimo tego, skorzystałem ze sklepu peb.pl – jak to mawialiśmy z Bartem i zakupiłem grę ;>  





Tajne Akta: Tunguska, stworzona przez skurczybyków z Fusionsphere Systems w 2006 roku. Mówię tak o nich, bo udało im się zrobić prawdziwy diamencik, o którym trudno zapomnieć. A w sumie zapominać się nie chce.   

Ta gra jest przepiękna i ani troszkę beznadziejna. Pierwszy raz w grach przygodowych, w trudniejszych sytuacjach nie trzeba klikać „wszystko na wszystkim”, żeby ruszyć dalej z fabułą. Biorąc dany przedmiot przejeżdżamy nim w inwentarzu po innych lub po lokacji i jeżeli coś się da z nim zrobić, to wyświetla się ikonka. Taki prosty trick, a jaka oszczędność czasu i nerwów! (i wysłuchiwania durnych komentarzy)

Bardzo szybko zaprzyjaźniamy się z główną bohaterką gry Niną Kalenkow, której pomaga jej nowy znajomy… również grywalna postać - Max Gruber. Nie nooo… Ta gra wygląda przepięknie! Tła, animacje, intryga… Ach! Wspaniaaałości! Odwiedzimy Niemcy, Rosję, Kubę… Irlandię (Mmm… Broken Sword i Irlandia, pub, muzyczka i koza ;>) Himalaje i Arktykę. 




Grę zawiozłem do swojej dziewczynki i powiedziałem mniej więcej, co się robi w grach przygodowych. A po powrocie do domu grałem w nią sam… Bardzo szybko ją przeszedłem i jestem nią oczarowany do dzisiaj. A gra, pomimo moich wątpliwości śmigała odpowiednio.

Moja dziewczynka grała wspólnie, uważajcie teraz, ze swoją mamą i siostrą. Bardzo im się podobała ta gra. Po Tungusce zaproponowałem im jeszcze Broken Sworda 2. Przeszły! :D

Ten pierwszy skrin… Nina obok jednorodzinnego domku. Słońce odbijające się w lakierze motoru i żółta budka telefoniczna.  



Tę grę każdy miłośnik przygodówek powinien znać i... jestem pewny, że znają ją wszyscy. Prawda, że ta gra była rewelacją? 


środa, 11 stycznia 2017

Tak! Jestem graczem komputerowym 2.0

Dzisiaj nie będzie o konkretnej grze, a raczej wspominkowo, o graniu w ogóle. Bo przecież mogę coś takiego tutaj umieścić, wszak to blog, a na nich można wypisywać co się chce. Trzon tej notatki stanowi mój wpis z fbl.pl z dnia 25.10.2011 roku.

Tak! Jestem graczem komputerowym! Pamiętam, że zacząłem grać jeszcze... tak, to było bardzo dawno temu. Najpierw były pewnie karty, potem gry planszowe, następnie Pegasus, a na końcu zacząłem łoić na kompie! Nie pamiętam w jaką grę grałem na samym początku! Niestety! [To była platformówka, chodziło się skrzatem i zbierało się złote okręgi. A w gry planszowe gram do tej pory - przypis z dn. 02.10.11) (Tą grą była prawdopodobnie Nicky Boom. - przypis z dn. 11.01.17 )]

Mogę śmiało powiedzieć, że granie w różności towarzysz mi od maleńkości i obecne jest teraz, kiedy jestem już "poważanym człowiekiem", wychowującym innych ludzi – dziecko osobiste i dzieci państwowe ;) Jak niektórzy z Was wiedzą, jestem wychowawcą w placówce, na które kiedyś mówiono „Dom Dziecka”. (W tych placówkach do opiekunów/wychowawców zwraca się - ciociu/wujku... )  

Napiszę Wam o tym, co usłyszałem dawno temu od pewnego młodego człowieka. A powiedział mi tak: (mniej więcej) – „Granie na kompie, to całe moje życie i jedynie ono sprawia mi przyjemność”  - tak mi powiedział. 

Mój wychowanek doskonale wiedział, że ja, StaryCzłowiek gram na kompie i że również sprawia mi to ogromną przyjemność. Tylko, że... staliśmy po dwóch stronach biurka. Ten młody człowiek, niestety znalazł się w takim położeniu, że mógł liczyć praktycznie tylko na własne siły (i wszystko to, co oferuje pobyt w placówce). Nie miał oparcia w najbliższy osobach, bo niestety one, już dawno temu przestały się nim interesować.

Po jednej z luźniejszych rozmów, doszliśmy do wniosku, że młodzieniec musi „wykazać się wielką determinacją i cierpliwością, żeby móc w przyszłości na spokojnie łoić w swoje ulubione gry” (To są jego słowa). Plan był prosty: skończyć Szkołę Podstawową, potem zaliczyć kolejne szczeble edukacji, żeby na samym końcu uzyskać zawód i "odpowiednią pracę". A potem, za zarobione pieniądze kupić sobie dobrego kompa i masę gierek. Kto wie, może kiedyś spotkamy się gdzieś w sieci na jakimś serwerze w ciekawej grze...  i skopię mu dupę nawet nie wiedząc, że to on.  ;)

I tym optymistycznym akcentem mój wpis się wówczas kończył. Mój wychowanek skończył Szkołę Podstawową i poszedł do Liceum Ogólnokształcącego. Za dobre wyniki dostał od mojego dyrektora laptopa, który miał mu pomóc w edukacji. Oczywiście grał na nim i w gry, które mu przynosiłem (Morrowind). Ukończył LO, ale nie podszedł do matury. Po opuszczeniu „Domu Dziecka” kontynuował zaocznie naukę w jakiejś szkole policealnej i podjął pracę. Po jakimś czasie wziął ślub z wieloletnią koleżanką i urodziło im się dziecko. Obecnie pracuje, ale musiał sprzedać laptopa. Czyli na tę chwilę nie pogramy... Do tej pory utrzymujemy kontakt. Pisał do mnie dwa dni temu. 




wtorek, 10 stycznia 2017

F-22 Lightning 2



Wydaje się mi się, po tych wszystkich latach, że gra F-22 Lightning 2, była na słynnej płycie, na której nagrany był pierwszy Broken Sword oraz Daggerfall. I być może się mylę, ale tak podpowiada mi serce… ;>

Jak wiecie, za młodu interesowałem się lotnictwem i lubiłem grać w symulatory wojskowych maszyn. Lockheed F-22 Raptor, w czasie kiedy zasiadałem za jego sterami na kompie, był bardzo fantastyczną maszyną. Do służby w siłach powietrznych USA samoloty weszły w 2005 roku. Jak mówi wikipedia: „Pierwszy wyprodukowany egzemplarz został dostarczony do Bazy Sił Powietrznych w Nellis w stanie Nevada 14 stycznia 2003” Ostatnio byłem w tej Bazie… w Falloucie Nowym Vegas. 



F-22 Lightning 2 został stworzony w 1996 roku przez Novalogic Inc.. I od razu wiadomo, że żaden to porządny symulator, a raczej piękna strzelanina. Ale tak mogę napisać teraz, po latach, wcześniej to był symulator, do cholery! Sterowanie samolotem jest proste, można go opanować dosyć szybko. Lądowanie też nie sprawia większych problemów. No chyba… że tylko ja nie miałem z tym większych problemów ;) (Jakiś miesiąc temu ściągnąłem demo F-22 Lightning 3, gra bardzo podobna… lądowanie zaliczyłem na 5. W tej grze można zrzucić bombę atomową. Brawo!)



Misji w F-22 Lightning 2 było dosyć dużo. Lataliśmy w różnych rejonach kuli ziemskiej, po niebie Angoli, Iranu, Jordanii, Kolumbii oraz Rosji, na Syberii. Bardzo fajnym motywem było to, że misje odbywały się o wszystkich porach dnia. Świat spowity w pomarańczowym kolorze zachodzącego Słońca, czy różowiutki świt, robiły odpowiednie wrażenie.





Różne rejony świata oznaczały również odmienne samoloty, z którymi przyszło nam wojować. Po pewnym czasie znudziło mi się eliminowanie wrogów rakietami z daleka, zanim ich jeszcze zobaczyłem… Bardziej ekscytującym wyzwaniem było zestrzelenie ich z działka! O tak! 

Dosyć często przełączałem kamerę na widok na samolot. Te „fotorealistyczne” krajobrazy oszałamiały mnie. Ale takie wrażenie miało się tylko podczas lotu na dużej wysokości. Na małej.. piksele były poczwórnej wielkości samolotu. (???!?) Niesamowitym wrażeniem było znalezienie się ponad chmurami. Tam był już kosmos ludzie! Kamerę można było ustawić na swojego skrzydłowego, wrogie samoloty, konstrukcje i oddziały naziemne oraz na wystrzeliwane przez nas rakiety, a także płynnie rozglądać się po całym kokpicie.



Muzyka w grze była jakby wyjęta z filmów sensacyjnych, ale podczas misji wyłączyłem ją. Gra mi szybciej działała (taki trick) i lubiłem słuchać miłego mruczenia dopalaczy.   

Ostatni misja… trzeba było obronić samolot pana prezydenta USA. A przynajmniej tak mi się wydaje. Tutaj trzeba było precyzyjnie rozplanować akcję i… chyba trzeba było ze trzy razy lądować na lotnisku, żeby uzupełnić amunicję. 

Ha! No i teraz to co najciekawsze. W tę grę graliśmy z Bartem wspólnie. Trzeba było tylko przenieść kompa i podłączyć się przez kabelek. Misje dosyć długo się wczytywały, ale zabawa była soczysta! Strzelaliśmy do siebie, aż miło. 

To była dobra gra. Z przyjemnością pograłbym sobie w nią jeszcze przez chwilę :)





poniedziałek, 9 stycznia 2017

The Elder Scrolls IV: Oblivion



No! Niesławny Oblivion! A to za sprawą płatnego dodatku – narzutki na konia oraz tego, że wraz z naszym awansem na wyższy poziom, awansowali również nasi wrogowie, co się fachowo nazywa, jak przypomniał mi Bart: „świat skalował się do poziomu gracza” Doprowadzało to do tego, że po pewnym czasie, kiedy mieliśmy wysoki poziom, to byle obdarty bandyta, szeregowe ścierwo… chodziło w dobrej, szklanej zbroi i używało potężnego oręża.*

I było też tak, że kiedy zaczynaliśmy grę, to niekoniecznie chcieliśmy podążać wątkiem głównym. A, że świat Obliviona jak wiecie jest otwarty, to się biegało oglądając wspaniałe krajobrazy i robiąc przeróżne zadania. A kiedy przyszedł czas na pociągnięcie wątku głównego, to z Otchłani wychodziły do nas prawdziwe skurczybyki, z którymi walczyć było okropnie trudno. Ale nic to! Przecież my ciotami nie jesteśmy i przecież mamy wspaniałą opcję load. A przecież wiadomo, że prawdziwy bohater nie może mieć kiepskich zadań w trakcie ratowania świata. 







The Elder Scrolls IV: Oblivion, erpeg stworzony przez Bethesdę w 2006 roku. Jeszcze przez jej wydaniem ludzie oszaleli na jej punkcie. Wspaniały wygląd świata oczarował chyba wszystkich graczy. Było kilka takich skinów, które opanowały Internet i nie dawały spokoju. No można się było przy nich… ;) długo nad nimi dyskutować i fantazjować jak będzie wyglądała sama gra.

Ja myślałem jak Yennefer „O jejku, jej… Jejku, jejku, jej. Od tak dawana…” żadne zdjęcia z gry nie zrobiły na mnie tak ogromnego wrażenia. Aż nie będę ich oglądać, bo i tak gra mi nie pójdzie. Pogram lepiej w Morrowinda” :D O tak myślałem, poważnie! 

Gry Barta - Oblivion i Ojciec Chrzestny. Lem jest mój.

Mi nie pójdzie, ale Bartowi tak. Dzisiaj zadałem mu pytanie: „Obliviona kupiłeś chwilę po premierze?” Odpowiedział mi: „A gdzie tam. Długo po premierze. Sprawdziłem. Niecały rok po premierze. Premiera była 7 lipca 2006. A ja go kupiłem 24 czerwca 2007” No i widzicie! Jak tu nie lubić Barta??!? Wiedział kiedy kupił grę hahahahaha! Czyli to było na rok, kiedy przestaliśmy ze sobą grać już na stałe : ( Ale jak komuś teraz łezka poleciała, to nie róbcie tego! Nadal jesteśmy młodzi, pełni energii i jeszcze zamieszamy w świecie gier komputerowych! ;> ;> ;> Ale o Oblivionie miało być. 






Napisałem na swoim photoblogu 14.09.2012 tak o:
„Oblivion!!!! Również wielokrotnie zaczynany i... na różne sposoby. Raz granie wątkiem głównym z pominięciem pobocznych questów, a raz właśnie pominięcie głównego wątku i radość z wolności  "po wyjściu z lochów". Pamiętam, że wspólne nasze granie nie doprowadziło nas do końca gry.
Po kilku latach z pewnymi obawami zainstalowałam ją u siebie na kompie... jak zacząć... żeby było dobrze, żeby nie zaczynać gry kilka razy. Udało się rozpocząć za pierwszym razem i wątek główny został zrobiony i... wszystkie gildie należały do mnie. Później ukończyłem oficjalne dodatki.”

O tak! Zaczynaliśmy grę kilka razy, żeby wybrać najlepszą dla nas postać. To samo robiliśmy w czasie grania w Morrowinda. To chyba taka klątwa Pradawnych Zwojów. Jestem ciekawy, czy to samo byłoby przy okazji wspólnego grania w Skyrima… Ano nie byłoby jak wszyscy wiemy. Twórcy gry zadbali, żeby Bart i Stary Wujek mogli spokojnie zacząć ;> Spóźnili się!  

Słuchajcie tego! Jeżeli chcecie powiedzieć komuś, kto nie zna się na grach komputerowych, czym był Oblivion w tamtych czasach, to możecie posłużyć się moim cytatem: „Ta gra była jak chód Madonny w teledysku Hung Up” Acha… Kliknijcie w LINK! 

O tej grze na nie da się pisać na spokojnie. To arcydzieło. (Nie! Nie przeszkadzało mi to skalowanie! Ja byłem najpotężniejszy w tej grze!!!) Prowincję Cyrodiil również poznałem jak własną kieszeń. I znowu starałem się wszędzie wejść i zdobyć wszystko, co było do zdobycia. Zachłannie, kucając i stając na palcach poznawałem tę grę… Dołączyłem do wszystkich, a wszyscy (chyba) dołączyli do mnie. Byłem Mistrzem przeróżnych Gildii i Stowarzyszeń. Aż się zasapałem jak to piszę… I oczywiście zdaję sobie sprawę, że tych rzeczy mogłem narobić jeszcze więcej. Kompletowałem piękne przedmioty, które dawały mi przykładowo taki efekt jak wysoki poziom odbicia obrażeń. Mogłem stać w miejscu, a wróg, który mnie lał sam ginął od swoich obrażeń… Magia! :D 
    
Można było wykonywać tysiące zadań (ja zrobiłem ich 194 :D ) i śmigać wątek główny. A tu jest podobna sprawa jak przy Wiedźminie – czytance. Niektórym osobom, dwa tomy opowiadań wydają się lepsze od reszty wiedźmińskiego cyklu (5 książek ;) ) Myślę, że głównym bohaterem Obliviona jest świat, a wątek główny jakby tylko nadany z przymusu. Ale to nie zmienia faktu, że gra jest wspaniała!  

Moja postać była Cesarskim Zwiadowcą z poziomem 40. Ubiłem 770 ludzi, a przeróżnych stworzeń 1510.





Przypominam sobie, że jednego zadania nie mogłem wykonać. Wrogowie zapadli się dosłownie pod ziemię i nie mogłem ich ubić. I to chyba jedyny błąd gry, który napotkałem osobiście.

Nagrałem film z moich osiągnięć. Polecam go szczerze tym, którzy lubią przeglądać statystki i przeróżne inne rzeczy. (W czasie nagrywania filmu piłem wódkę -  Stock cytrynowy z coca colą.)
Jakoś gry jest kiepska, bo nagrywałem na zintegrowanej karcie graficznej. Na mojej potężnej NVIDIA GeForce 8800 GTS 512 MB zaczęły wyskakiwać artefakty. 




No i muszę kończyć wpis, a nic nie napisałem. Przecież jak zamknę oczy to widzę ten świat. Zostawiłem tam cząstkę siebie lub raczej… cała gra jest w mojej głowie! O iluż jeszcze emocjach można napisać... Acha! Polecam grę! :D  

* - Po napisaniu tego wpisu, zobaczyłem, że na necie, w różnych miejscach wspomina się o bandytach w szklanych zbrojach :D