Zmęczony nowymi rpg - Wasteland
2, Skyrim, Wiedźminem 3 czy ogrywanym właśnie Falloutem 4, postanowiłem wrócić
do gier, które spowodowały, że uwielbiam ten gatunek. I cofnąłem się jeszcze
dalej, do roku 1990, w którym to wyszła pierwsza część Eye of the Beholder,
stworzona przez Westwood Studios i wydana przez Strategic Simulations, Inc.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare gry. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 września 2018
sobota, 7 października 2017
wtorek, 12 września 2017
Double Dragon II: The Revenge
Nie samym kompem człowiek żył w dzieciństwie… Ale bez gier żyć nie można było! ;>
Jeszcze przed rokiem 1996 miałem w domu piękną maszynę do grania - Pegasusa. Historia jej kupna jest wielce emocjonująca i przedstawię ją kiedy indziej…
Double Dragon II: The Revenge uważam za jedną z lepszych gier na Pegasusa. Jest to najprościej mówiąc, chodzona bijatyka, zrobiona przez Technōs Japan w 1988 roku. Wcielamy się dwóch braci - Billy'ego i Jimmy'ego Lee. Fabuła? Chyba chodzi o ratowanie dziewczyny…
sobota, 9 września 2017
Hovertank 3D
Hovertank 3D został stworzony przez id Software i wydany w kwietniu 1991 przez Softdisk i banglał jedynie na systemie operacyjnym MS-DOS. Jest to gra z gatunku FPS w postapokaliptycznych klimatach. Jest to pierwszy FPS od id Software!
sobota, 3 czerwca 2017
Transport Tycoon Deluxe
Na wstępie powinniście zatopić się w muzyce z gry:
A przynajmniej ja to zrobię. Stworzył ją John Broomhall.
wtorek, 4 kwietnia 2017
Przegląd prasy z grami retro z młodymi Graczami!
Mam w pracy dwóch ancymonków, którzy zostali wychowani na
grach komputerowych. Powiecie pewnie – standard, bo przecież dzisiejsze dzieci
i młodzież mają duży dostęp od kompów, laptopów, konsol, tabletów i telefonów…
Ale dla mnie, nie jest to już takie zgodne z obecną normą, ponieważ starszy z chłopców ma lat 10, młodszy 6 i bardzo często znają gry, które grałem za młodu.
I tak od czasu do czasu rozmawiamy o grach, przytakujemy sobie, doskonale się rozumiejąc. Dawno temu chciałem wspomnień o tych rozmowach, ale jakoś nie wiedziałem jak ugryźć temat. Na szczęście wpadło mi ręce czasopismo Retro i postanowiłem zrobić z nimi mały „przegląd prasy”.
niedziela, 5 marca 2017
FIFA Soccer 1996
Fifa 96, a dokładnie FIFA Soccer 1996 stworzona przez Extended Play Productions, a wydana przez Electronic Arts pod koniec 1995 roku. (Bo wcześniej EA nie wiedziała jak się robi gry piłkarskie ;) ) Moja pierwsza, poważna gra o piłce nożnej. Nie pamiętam skąd ją miałem i gdzie teraz jest, ale około roku 2008, zanim wyprowadziłem się z rodzinnego domu, jeszcze widziałem pudełko. Być może leży teraz zapomniana gdzieś w piwnicznym loszku.
Wcześniej grałem w gry piłkarskie, wspaniały Sensible Soccer, FIFA Soccer 94 czy Gol (??!?) na Pegasusa. Ale według mnie, nie było tam poważnej rozgrywki, chociaż przy pierwszym wymienionym tytule bawiłem się wyśmienicie i wcale mi to nie przeszkadzało.
Gra oferuje nam kilka opcji rozgrywki – mecz towarzyski, turnieje, treningi, sezon w lidze przeróżnych krajów, w tym ligę malezyjską! Pamiętam, że przeróżne mistrzostwa wygrywałem rzecz jasna Polską i Brazylią, której drużynie w tamtych czasach bardzo kibicowałem i w sumie robię to do dzisiaj.
Moi koledzy również grali w Fifę 96, zdarzało się, że przy jednym kompie graliśmy przeciwko sobie lub bardzo rzadko - w jednej drużynie. Standardowo mogliśmy sterować klawiaturą, myszką (prawie niewykonalne) i dżojstikiem ;) Dżoja mieliśmy takiego mega starego, jeżeli jeszcze gdzieś jest, to leży on wraz z grą, we wspomnianym wcześniej loszku.
Gra oferowała dwa tryby grafiki Vga i Svga. Kiedy włączyło się ten drugi tryb, gra stawała się prawdziwym meczem piłkarskim. „Grafika była jak w telewizorze”, murawa, trybuny i zawodnicy, chociaż żadnemu z nich nie było widać wąsów. Można było też oglądać samą rozgrywkę z kilku kamer, ale ja zawsze grałem na tej ustawionej domyślnie. Dźwięki i komentarze były świetne. To była super gra i mocno mnie wciągnęła. Na dużej tablicy nad stadionem wyświetlane były przerywniki filmowe, ale już ich dokładnie nie pamiętam. To były na pewno scenki z prawdziwych meczy.
Kiedy znudziły mi się zwykłe reprezentacje i kluby, tworzyłem swoje. Zrobiłem drużynę Secret Service… Niestety nie można było wpisywać własnych nazwisk, ale wśród dostępnych piłkarzy ze świata znalazłem Bergera i Martineza. No… to było zboczenie! Rozumiecie? Inną reprezentacją była ta mojego bloku, w którym mieszkałem o nazwie Pogodna 28.
Samobój strzelony przez kompa.
Nigdy nie bawiłem się w taktyki, ustawianie składów i te przeróżne rzeczy, które znane są fanom piłki nożnej. Odpalałem mecz i tak jak w pracy… wiadro, mop i jazda!
Ta gra nadal cieszy, kilka dni temu pobrałem ją z jakiejś strony z grami abandoware. Pokazałem ją moim państwowym dzieciom, wychowanym na Fifie 15, 16 czy ogrywanej właśnie 17. Dawno nie słyszałem żeby tak głośno się emocjonowały grając mecz, w którejś z nowszych odsłon. Ta gra cieszy! Całe szczęście udało mi się wygrać i pokazać, że Stary Wujek w gry troszkę, ale potrafi grać.
Dodaję ten wpis i idę łupać w grę :D
Hyhy… pamiętam też doskonale, że jest blisko pola karnego takie miejsce, z którego brameczki zawsze wpadają, ale Wam nie powiem ;)
Zapraszam na film z rozgrywki:
Etykiety:
dos,
Electronic Arts,
Extended Play Productions,
fifa,
fifa 96,
FIFA Soccer 1996,
football,
gra ko,
old game,
pc,
piłka nożna,
soccer,
stara gra,
stare gry,
wspomnienia
sobota, 11 lutego 2017
Choplifter
Ten wpis wiąże się ściśle z poprzednim, o moich wakacyjnych przygodach eony temu, kiedy to zagrałem w swoje pierwsze gry komputerowe. (Skriny będą z różnych kompów, bo nie wiem na czym grałem ;) …)
Kolejną grą po Chuckie Egg był Choplifter… Przez wiele lat nie wiedziałem jak się ta gra nazywała. Nieodgadniony tytuł męczył mnie co jakiś czas i byłem pewny, że nigdy go już nie poznam, aż… No nie uwierzycie! Ale nazwę tej gry przeczytałem dopiero w tym miesiącu (albo poprzednim) w magazynie Pixel… Żeby mieć stuprocentową pewność, że oto odkryłem dawno zapomniany „skarb”, szybko zszedłem z łóżka, na którym czytałem "gazecię"* i nie szukając ciapów i ubrań ;) pobiegłem odpalić kompa. Dlaczego nie skorzystałem z przeglądarki w telefonie? Nigdy się tego nie dowiem.
Wracając do wakacji. Proszę Państwa, gra Choplifter (1982 rok) bardzo mi się podobała. Jakie to było zręcznościowe cudeńko. Latało się białym helikopterkiem, strzelało do wrogich pojazdów na ziemi i w powietrzu, a przede wszystkim trzeba było wylądować i zabrać na pokład malutkie ludziki. Jakie to było wówczas dla mnie atrakcyjne… ratowanie ludzi w czasie wymiany ognia! Ten helikopter tak ładnie latał na boki, kiedy był zwrócony do nas przodem… Do tej pory to pamiętam. A teraz pozwólcie, że sobie pooglądam filmy na yt.
Ach! Jeszcze chwilkę! :D
Kiedyś byłem bardzo bliski poznania tytułu tej gry. Na Pegasusie było coś podobnego, ale jestem stuprocentowo pewny, że nie nazywało się to Choplifter… Grę miałem od kumpla, dał mi ją na kilka godzin. Pamiętam, że mój tatko przyglądał się jak grałem i słuchał opowieści o podobnej grze, którą widziałem dawno temu. Być może jej nazwa była z chińska… czy coś w tym stylu i dlatego pozostała dla mnie tajemnicą. Bo jak teraz patrzę, to mógłby być Choplifter III. Latało się helikopterem w dżungli i ratowało maluuuutkie ludziki.
Dobra! Sprawa z tą grą załatwiona. Kumple brata szybko zawinęli sprzęt do siebie. Ja przestałem oglądać i grać w gry, ale to nie był wcale koniec. Mój brejdak chodził do nich i łoili po nocach, a potem opowiadał mi w co grali.
Pamiętam taką sytuację. Wyszedłem z bratem której ciemnej nocy polować na nietoperze. Poooocichutku, na paluszkach, przedostaliśmy się przez ulice i przykucnęliśmy obok domu sąsiadów. Byliśmy zaopatrzeni w latarki, którymi mieliśmy świecić w nietoperze. Miało to spowodować, że zostaną oślepione i roztrzaskają się o ściany domów. Nigdy się to nam na cale szczęście nie udało, ale to co usłyszałem od brata, nie mieściło mi się w głowie. Fabuły gier były przeróżne. Niektóre były o piratach, w innych chodziło się po lochach walcząc ze straszydłami. No mnóóóstwo historii. Sami wiecie, jakie to kiedyś gry były.
* Gazecię to jest to samo co Anię, Grażynię lub Basię...
wtorek, 31 stycznia 2017
Chuckie Egg
Jeżeli czytacie tego bloga (mrugnięcie okiem do wszystkich,
ale przede wszystkim do siebie) to wiecie zapewne, że moją pierwszą grą na PC
był Nicky Boom. Ale jeszcze nigdy nie wspomniałem, którą grą komputerową była
ta PIERWSZA w ogóle!
Wspomnienia o niej są dosyć mgliste. Kiedy byłem młodym chłopcem
i nie chodziłem jeszcze do szkoły, dużo czasu spędzałem w Janowie Lubelskim u rodziny
(babci, dziadka, cioci, wujka, brata i siostry) Każdego lata do swoich dziadków
przyjeżdżało z Warszawy dwóch braci bliźniaków, którzy kumplowali się z moim
starszym bratem. Mój brat był wówczas dla mnie ogromnie ważną osobą, między
innymi uczył mnie słuchać dobrej muzyki \m/, czytał książki o Indianach i
puszczał ze mną kapsle z saletrą.
Tych dwóch braci, pamiętam nawet jak się nazywali, mieli
przepotężne długie baty. Do pasa! Bardzo mi się to podobało i zawsze szukałem
sytuacji do przebywania z nimi. Ale żeby nie przedłużać, przejdźmy do sedna!
Acha. Do sedna to za chwilę, bo muszę coś wytłumaczyć. Swoją
poważną przygodę z graniem w gry wideo, rozpocząłem od Pegasusa. Później miałem
komputer… Niestety ominęło mnie granie na innym sprzęcie, katarynkach,
komodorach, amigach i żałuję, że nie mam z nimi prawie żadnych wspomnień. Pisze
prawie, bo któregoś razu w wakacje, dwaj warszawscy bracia ustawili w salonie u
brata w domu swój sprzęt. Białą klawiaturę i magnetofon na kasety, na których
były gry… Do tej pory nie wiem co to była za maszyna. (Być może klawiatura nie
była biała??!?)
Odpalili grę! Nazywała się Chuckie Egg (rok wydania 1983). Później przez wiele lat śniłem o niej i
marzyłem by być graczem… (hahahahaha) Dali mi w nią zagrać na dżojstiku! Nie
pamiętałem ile plansz przeszli, ale noobom ;) jakoś za dobrze nie szło. Kiedy
piszę te słowa, jestem już po zagraniu w wersję online tej gry. Wydaje się, że
doszli tylko do 4 poziomu ;>
Wracając do nieznajomości sprzętu, na którym graliśmy. W
grze kura była żółta, jajka i klatka też… ale nawet te szczegóły i pomocne
skriny z neta nic dokładnie mi nie mówią. Pamięć zawodzi! Szkoda!
I jeszcze jedna
sprawa. Szukałem na fejsie tych dwóch braci. Znalazłem jednego. Rozpoznałem go
natychmiast po dlugich batach : ) Ale nie napiszę do niego żeby się zapytać co
to za sprzęt miał :D Wstydzę się.. ;> Spytam się któregoś razu o to mojego brata i wówczas Was poinformuję.
wtorek, 10 stycznia 2017
F-22 Lightning 2
Wydaje się mi się, po tych wszystkich latach, że gra F-22 Lightning 2, była na słynnej płycie, na której nagrany był pierwszy Broken Sword oraz Daggerfall. I być może się mylę, ale tak podpowiada mi serce… ;>
Jak wiecie, za młodu interesowałem się lotnictwem i lubiłem grać w symulatory wojskowych maszyn. Lockheed F-22 Raptor, w czasie kiedy zasiadałem za jego sterami na kompie, był bardzo fantastyczną maszyną. Do służby w siłach powietrznych USA samoloty weszły w 2005 roku. Jak mówi wikipedia: „Pierwszy wyprodukowany egzemplarz został dostarczony do Bazy Sił Powietrznych w Nellis w stanie Nevada 14 stycznia 2003” Ostatnio byłem w tej Bazie… w Falloucie Nowym Vegas.
F-22 Lightning 2 został stworzony w 1996 roku przez Novalogic Inc.. I od razu wiadomo, że żaden to porządny symulator, a raczej piękna strzelanina. Ale tak mogę napisać teraz, po latach, wcześniej to był symulator, do cholery! Sterowanie samolotem jest proste, można go opanować dosyć szybko. Lądowanie też nie sprawia większych problemów. No chyba… że tylko ja nie miałem z tym większych problemów ;) (Jakiś miesiąc temu ściągnąłem demo F-22 Lightning 3, gra bardzo podobna… lądowanie zaliczyłem na 5. W tej grze można zrzucić bombę atomową. Brawo!)
Misji w F-22 Lightning 2 było dosyć dużo. Lataliśmy w różnych rejonach kuli ziemskiej, po niebie Angoli, Iranu, Jordanii, Kolumbii oraz Rosji, na Syberii. Bardzo fajnym motywem było to, że misje odbywały się o wszystkich porach dnia. Świat spowity w pomarańczowym kolorze zachodzącego Słońca, czy różowiutki świt, robiły odpowiednie wrażenie.
Różne rejony świata oznaczały również odmienne samoloty, z którymi przyszło nam wojować. Po pewnym czasie znudziło mi się eliminowanie wrogów rakietami z daleka, zanim ich jeszcze zobaczyłem… Bardziej ekscytującym wyzwaniem było zestrzelenie ich z działka! O tak!
Dosyć często przełączałem kamerę na widok na samolot. Te „fotorealistyczne” krajobrazy oszałamiały mnie. Ale takie wrażenie miało się tylko podczas lotu na dużej wysokości. Na małej.. piksele były poczwórnej wielkości samolotu. (???!?) Niesamowitym wrażeniem było znalezienie się ponad chmurami. Tam był już kosmos ludzie! Kamerę można było ustawić na swojego skrzydłowego, wrogie samoloty, konstrukcje i oddziały naziemne oraz na wystrzeliwane przez nas rakiety, a także płynnie rozglądać się po całym kokpicie.
Muzyka w grze była jakby wyjęta z filmów sensacyjnych, ale podczas misji wyłączyłem ją. Gra mi szybciej działała (taki trick) i lubiłem słuchać miłego mruczenia dopalaczy.
Ostatni misja… trzeba było obronić samolot pana prezydenta USA. A przynajmniej tak mi się wydaje. Tutaj trzeba było precyzyjnie rozplanować akcję i… chyba trzeba było ze trzy razy lądować na lotnisku, żeby uzupełnić amunicję.
Ha! No i teraz to co najciekawsze. W tę grę graliśmy z Bartem wspólnie. Trzeba było tylko przenieść kompa i podłączyć się przez kabelek. Misje dosyć długo się wczytywały, ale zabawa była soczysta! Strzelaliśmy do siebie, aż miło.
To była dobra gra. Z przyjemnością pograłbym sobie w nią jeszcze przez chwilę :)
sobota, 7 stycznia 2017
The Elder Scrolls II: Daggerfall
Ostatni raz wspominałem o grze The Elder Scrolls II: Daggerfall tutaj na blogu, we wpisie dotyczącym Broken Sword: The Shadow of the Templars z dnia 22.05.2015.
„Któregoś razu z Bartem (a jakże!) poszliśmy w odwiedziny do jego kolegi, który pożyczył nam płytę Cd z zestawem kilku gier, z których najbardziej wychwalał Daggerfalla. Kiedy tak mówił nam o tym tytule, włożył rękę w kieszeń i wyciągnął ją umazaną w czekoladzie… Wszyscy się tym zdziwiliśmy, a ja myślałem, że to gówno… ;> ;> ;> Kolega podniósł rękę, powąchał, oznajmił, że to czekolada i zjadł…”
Przedostatni raz grę wspominałem u siebie na Photoblogu, we wpisie Pradawne Zwoje! z dnia 14.09.2012.
„O tej grze powiedział mi mój znajomy (wyjął przy tym rękę z kieszeni spodni wymazaną w czekoladzie i zlizał to. Ja... myślałam, ze to gówno...) Z wypiekami na twarzy mówił jak wielki jest świat w grze... i jak okradał banki???, a później uciekał do innych prowincji przed strażnikami. Następnie dał mi grę na Cd (wersja piracka... na tej samej płycie był Broken Sword 1...ale to inna historia).
Zainstalowałam grę i grałam w nią długo, bardzo długo..., niestety nie można było brać żadnych questów (jakaś taka popsuta wersja gry była)... to wyrzynałam wszystkie potwory. Po jakimś czasie dorwałam wersję, w której można już było robić watek główny i zadania poboczne. Niestety i ta wersja gry miała dużo błędów. Ważne przedmioty raptownie znikały... no wiecie sami... Nie pomagał również ten program do naprawy zwojów... hahahah sejwów. A później nadszedł...
...Morrowind!”
I w sumie o tym tytule napisałem już wszystko. „Dziękuję! Dooobranoc!” – jak to mawiał James z Metallicy po pierwszym utworze na koncercie. Dowcip! ;>
Ale, że mam troszkę czasu, to powtórzę niektóre kwestie. Gra rpg, The Elder Scrolls II: Daggerfall została stworzona przez Bethesda Softworks w roku 1997. I są ludzie, którzy psioczą na tę firmę, a kojarzą ją jedynie z Falloutów 3 i 4 oraz Skyrima. A jest to firma, która od bardzo dawna trzyma się na rynku i stworzyła bardzo wiele gier ;>
Prawda jest taka, że kiedy pierwszy raz zagrałem w Daggera nie mogłem brać żadnych zadań, nawet iść głównym wątkiem. Stworzyłem sobie postać Khajiita i "latając" po całej mapie, penetrowałem każdy zakamarek i wyrzynałem wszystkich, którzy mi podskoczyli. Trwało to bardzo długo. Miałem zestaw krasnoludzkiej zbroi i krasnoludzki długi mecz. Pamiętam, że jak wszedłem gdzieś do podziemi, to za każdym razem trudno mi było wyjść z tego cholernego labiryntu. Wkurzałem się na to niemiłosiernie! Chyba nie mogłem dołączyć do żadnych gildii…
Za drugim razem miałem wersję gry, w której brałem normalnie zdania i śmigałem wątek główny. Stworzyłem sobie tym razem cesarskiego… ale nie pamiętam jaką wybrałem profesję. Tym razem brałem wszystkie zdania jakie się dało i pięknie rozwijałem postać. Robiłem również watek główny… i naprawiałem zepsute stany gry. Długo grałem w tę grę, ale nadszedł moment, że mocno się wkurzyłem. W jakimś zamku, w skrzyni, miał czekać na mnie przedmiot… i nie czekał. Gra ostatecznie się popsuła, a ja zniechęcony ją skasowałem.
Właśnie sobie przypomniałem! Grę tym razem miałem na płycie Cd. Ale żeby ją odpalić trzeba było stworzyć plik wsadowy. Instrukcja była na płycie. Ale ja nie umiałem tego zrobić. Przyszedł Mateusz, brat Barta i w notatniku w ciągu sekundy zrobił „kopiuj – wklej” i stworzył wymagany plik. Nawet mnie nie wyśmiał… Ale ja robię to teraz za niego! :D
Umiem robić swoim aparatem mowy dźwięk, który wydają Szkielety w tej grze. O ten o – „yyyyhhyyyhhyhy” ;>
Pewnego razu, w jakimś domu, zaciąłem się w małym pomieszczeniu. Albo zablokowały mnie drzwi do ściany… lub one same, uniemożliwiając wyjście. Z nerwów zacząłem się miotać po pomieszczeniu, aż w pewnym momencie zauważyłem, że jak odpowiednio podskoczę to zauważę co jest na strychu… Podskakiwałem tak długo… aż wyszedłem przez sufi. Poważnie!
Grę za darmo, legalnie można pobrać z tego miejsca: https://elderscrolls.bethesda.net/daggerfall/ Być może wrócę kiedyś do niej ;)
To jest gra, która zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Mógłbym wiele o niej pisać. Bardzo lubiłem odwiedzać sklepy i świątynie. To były takie ciepłe i miłe miejsca.
No i ten ogromny świat! Można było kraść pieniądze z banków i uciekać przed wymiarem sprawiedliwości ;>
czwartek, 5 stycznia 2017
F-15 Strike Eagle II
Kiedy byłem małym chłopcem, uwielbiałem samoloty wojskowe. Mówiłem wówczas, że interesuje się lotnictwem. Lotnictwem – to brzmiało dumnie. Mówiąc szczerze, to nawet troszeczkę, jak na dziecięcego amatora, znałem się na tym temacie. Czyli niby co? – zapytacie. Ano znałem „marki” samolotów ;> i orientowałem się w nazwach uzbrojenia.
Miałem kilka własnych, kolorowych albumów poświęconych lotnictwu, oraz często odwiedzałem biblioteki, szkolną oraz osiedlową, żeby wypożyczyć coś nowego. Kiedyś chciałem być pilotem. A po obejrzeniu filmu „Top Gun”… to było szaleństwo. Do tej pory lubię pooglądać na jutubie jak te maszyny latają.
Ale dopiero u Barta, jak nie trudno się domyślić, zasiadłem za sterami prawdziwej, wojskowej maszyny w grze F-15 Strike Eagle II. Gra jak mówią źródła, została stworzona przez Sida Meiera i firmę MicroProse w roku 1989. Żeby nie było wątpliwości, to nie był symulator, a gra zręcznościowa… ale w tamtym momencie ten fakt się dla mnie nie liczył.
Na początku wybieraliśmy poziom trudności, a chwilę później miejsce, w którym chcemy wykonywać misje. Obok tablicy, na której były wyświetlane te opcje, stał żołnierz z poważną miną i za pomocą długopisu wskazywał nasze wybory. Czułem się jak w prawdziwej sali odpraw.
Mieliśmy do wyboru misje w Libii, Zatoce Perskiej, Wietnamie i Środkowym Wschodzie. Chwilę później siedzieliśmy już w kokpicie samolotu i mogliśmy spoglądać na przyrządy. W jednym okienku była mapka terenu, drugie okienko było radarem, a w trzecim oglądaliśmy obiekt, który namierzaliśmy. Był też wskaźnik prędkości. Startowaliśmy z lotnisk naziemnych oraz lotniskowców. Włączało się dopalacze i hop… w górę. Obowiązkowo przełączałem zawsze kamerę na widok na samolot, żeby zobaczyć jak płynnie startuje.
Grafika był w grze piękna – wektorowa! Lataliśmy nad różnokolorowym terenem. Rozróżnialiśmy pola uprawne, góry i różne instalacje. Latało się świetnie. Wrogów dopadało się bez skrupułów i posyłając w ich stronę rakietę, następowała eliminacja! Sam moment uderzenia rakiety i wybuch był bardzo ekscytujący. Na pc speakerze brzmiało to dosyć kiepsko, ale na karcie muzycznej był to piękny, głęboki dźwięk, który jeszcze długo brzmiał w naszych uszach. Mogliśmy patrzeć jak samolot wroga powoli, paląc się, spada i uderza o ziemię. Wspaniale! Nalot na instalacje naziemne również dostarczał wielu radości. Czułem się jak prawdziwy, poważny pilot! A lądowanie na lotnisku… no to już jest nie do opisania. To trzeba przeżyć samemu!
Po skończonej misji pojawiała się mapa, na której można było prześledzić nasz lot i wszystkie nasze działania. Fajny motyw.
W grze był tryb kariery. Zdobywaliśmy punkty i medale za wykonane misje. Tych najlepszych medali niestety nigdy nie zdobyłem…
Smutnym ekranem był natomiast ten, kiedy obwieszczano, że zginęliśmy…
Pamiętam dokładnie jak łoiłem w ten tytuł i nawet gdzie stał komp u Barta w domu. Dużo godzin wylatałem. Jeszcze później, już na swoim kompie bawiłem się w pilota.
środa, 4 stycznia 2017
Beneath a Steel Sky
Wspaniałą grą przygodową jest Beneath a Steel Sky. Została stworzona w 1994 przez przez Revolution Software, czyli ludzi, którzy niedługo potem zrobią Broken Sword. Pierwszy raz zobaczyłem ją w Secret Service nr 13, (Na okładce jakaś pani żołnierz z wyeksponowanymi pikselowymi cycuszkami) a później w tv, w jakimś programie o grach komputerowych. Myślałem, że może to był jakiś… Joystick czy Escape, ale nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi sam Internet i oto:
… właśnie to pamiętam!
Dzisiaj dużo z Bartem wspominaliśmy o grach komputerowych, pośmialiśmy się, aż miło, ale przede wszystkim skupiliśmy się na opisywanej teraz grze. Doszliśmy do wniosku, że zagraliśmy w nią już po poznaniu Broken Sword, czyli dosyć późno. Jak wspomina Bart, znaleźliśmy ją na jednej z płyt od naszego wspólnego kolegi. Gra miała być w jakimś dziwnie opisanym katalogu, który nic nie mówił o jego zawartości. Z kolegą tym zapoznał mnie Bart i jeszcze historyjki z nim powrócą, chociaż był wspomniany przy okazji, trzeci raz wymienianej w tym wpisie grze Broken Sword.
W grę za pierwszym razem łoiliśmy u mnie w domu. Niestety już na samym początku zacięliśmy się, ale nie pamiętam dlaczego nie sięgnęliśmy do opisu. Po jakimś czasie (być może kilku miesiącach) postanowiłem samotnie w nią pograć i… nie uwierzycie, zaciąłem się na tej samej zagadce. Teraz już nie pamiętam gdzie to było…
Do trzech razy sztuka. Kiedy gra ukazała się pod Doxboxa, siadłem do niej ponownie. Była to wersja Cd, czytane dialogi i tak dalej. I wówczas znowu nie wiedziałem co robić, ale po pewnym czasie mi się udało i pchnąłem fabułę, aż do samego końca. Czym prędzej poinformowałem o tym Barta.
Jaki piękny to tytuł – Pod stalowym niebem! Akcja gry dzieje się w przyszłości, w mieście Union City. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że jest to w Australii. Lokacje są wybitne, utrzymane w klimacie – cyberpunkowym to przesadzę, ale jak nazwę, że jest tam mnóstwo ciężkiej fantastyki naukowej (hard science fiction) to już będzie bliżej prawdy. Chociaż w pewnym momencie wkraczamy do wirtualnej rzeczywisto… O samej fabule nie chcę nic mówić, bo już i tak „naspoilerowałem” się w swoim życiu. Historia w grze jest poważna, chociaż okraszona humorem. Pamiętam dokładnie pierwszą scenę, która mocno mną wstrząsnęła… BARBECUE!!! - hyhy . Mocno ucieszyłem się, kiedy w pewnym momencie stałem obok szafki Lovecrafta…
Od czasu do czasu, kiedy siedzieliśmy u Barta w domu i oglądaliśmy nocami program w tv - Hyper, leciało tam info o Beneath…
A teraz możecie pograć w nią w naszym języku. Poszukajcie na necie, a znajdziecie. Jedna z lepszych przygodówek. Polecam! Lubicie gry przygodowe, to jest to tytuł dla Was. On się nie zestarzał! A niedługo z tego co w necie mówią, ma wyjść druga część gry! Juuupi!
Hmmm… wejdę komóreczkę i coś sprawdzę. Nie wiem czy czasem nie można pograć w nią na takim sprzęciku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































